Jak Amerykanie podchodzą do sukcesu?

Wczoraj w czasie kolacji rozmawiałam ze znajomymi o różnicach pomiędzy Polakami a Amerykanami. Zgodziliśmy się co do następującej tezy: Polacy chętniej pomogą osobie potrzebującej, nie radzącej sobie w życiu, ale tez niestety będziemy bardziej skłonni podciąć skrzydła osobie, która zaczyna odnosić jakiś tam sukces. Zupełnie odwrotnie niż Amerykanie.
Ciekawa jestem jakie będą Wasze opinie na ten temat …

Z moich obserwacji wynika, ze Amerykanie wierzą, ze sukces zależy od nas samych. Wierzą, że „własna ciężka praca” jest bardzo ważnym czynnikiem na drodze do osiągnięcia sukcesu. Ameryka to kraj self-made millionaires, na których to opiera się cala magia amerykańskiego snu – from rags to riches czyli od pucybuta do milionera. Taki self-made man, który realizuje swoje marzenia, zaczynając od nowa pomimo porażek i przeciwności losu jest dla Amerykanów wzorem do naśladowania.

Dopiero kiedy zaczynasz pracować na swój sukces Amerykanie zaczynają Ci pomagać. A kiedy odnosisz sukces – zaczynają Cię naprawdę wspierać. Twój sukces to powód do optymizmu i radości. Twój sukces jest dowodem, ze im też może się udać. 

Oczywiście, z drugiej strony, to ich przekonanie, ze „jesteś kowalem swojego losu” powoduje ze mniej chętnie pomogą  jeżeli sobie nie radzisz. Amerykanie hołdują zasadzie „sink-or-swim”, metaforycznemu określeniu, że albo sam nauczysz się pływać w oceanie życia, albo utoniesz i nikogo nie będą obchodziły tłumaczenia dlaczego; ostateczny rezultat zależy tylko od Ciebie.

W Polsce (i jak również w innych Europejskich krajach) często jest odwrotnie. Jeżeli ktoś sobie nie radzi to mu chętniej pomożemy. Często szybciej niż Amerykanie okażemy współczucie i empatie. Jednakże z drugiej strony osoby odnoszące sukces czeka o wiele surowsza ocena i krytyka.

Tacy „krytykujący” często tłumaczą swoje zachowanie troską o innych. Podręcznikową wręcz ilustracją takiego postępowania są moim zdaniem wypowiedzi Violi Kołakowskiej na temat blogerek. Ta pani obraża dużo młodsze od niej dziewczyny, używając epitetów w stylu „modowe prostytutki” – oczywiście, jak twierdzi, jej wypowiedzi nie wynikają z zazdrości … tylko „z troski o te dziewczyny” i to wszystko przez „szacunek do czytelników blogerek”. Hm …
Nie muszę sięgać po przykłady znanych blogerek, nawet na moim blogu od czasu publikacji książki przybyło „życzliwych”. Pojawiły się osoby, których nie interesuje ani temat bloga ani Nowy Jork, oni komentują tylko gdy wyłapują moje błędy czy przejęzyczenia.
Ostatnio otrzymałam wiadomość od jakiejś pani, która w dramatycznym tonie „blaga mnie o bycie uważniejszą w czasie facebookowej transmisji na żywo”. Cytując: „poraziło mnie”, „poraziło moją córkę” „poczułam coś w rodzaju wstydu… za panią”. Czytając list od tej pani można założyć ze popełniłam jakiś straszliwy błąd, podałam jakieś niesprawdzone czy nieprawdziwe informacje, wprowadziłam w błąd czytelników … Nie, nic z tych rzeczy. Ta pani pisała o przejęzyczeniu…

W czasie takiej transmisji na żywo (informacja dla osób które nie oglądały) chodzę po Nowym Jorku, filmując, nagrywając, opowiadając i odpowiadając na pytania – wszystko sama i w tym samym czasie. Nie ma możliwości edycji, poprawienia, ani powtórzenia jeżeli coś poszło nie tak. Jak sama nazwa wskazuje jest to transmisja na żywo 🙂 Oczywiście, ze będę się przejęzyczac i zacinać! 🙂 
Takie przykłady można mnożyć. Ten powyższy jest bardziej anegdotyczny i śmieszny ale geneza krytyki jest podobna. Każdy kto próbuje zrobić coś innego spotyka na drodze takich „życzliwych”, którzy będą próbować go powstrzymać i wmówić mu ze się nie nadaje.

Skąd taka duża potrzeba krytykowania i negatywnej oceny? Skąd bierze się podejście w stylu „zeby sąsiadowi krowa zdechła” – o tym pisałam już kiedyś.

Nie wiem czy zgodzicie się ze mną …  z moich obserwacji, jak i rozmów ze znajomymi wynika, ze nie mamy tylu przykładów co Amerykanie aby wierzyć, ze ciężka praca może się opłacać. Często szukamy „innych źródeł sukcesu”. Pokutuje przeszłość – ktos mu załatwił, a pewno ukradł, po znajomości, temu to było łatwiej. Jednym słowem jeżeli wiedzie mu się dobrze to „coś z nim musi być nie tak”. W psychologii ten mechanizm nazywa się samospełniającym się proroctwem. Polega na tym, że człowiek, który w coś wierzy, wybiera z rzeczywistości te jej fragmenty, które pozwalają mu tę tezę udowodnić.

Tymczasem Amerykanie – przekonani, ze o sukcesie (bądź jego braku) decydujemy sami – chętniej będą nam kibicować. Nawet jak podwinie się nam noga i przejęzyczymy się (czy to dosłownie czy w przenośni), to częściej usłyszymy „Ważne ze próbujesz!” “Za drugim razem będzie lepiej!”
Oczywiście to powoduje, ze Amerykanie nie boją się ryzykować czy próbować. Ich pomyłki czy wpadki nie zostaną przecież surowo ocenione. Idąc dalej tym tokiem myślenia – ponieważ nie boją się porażek to częściej próbują … I tak Amerykanie mogą się poszczycić największą liczbą laureatów Nagrody Nobla, medalistów olimpijskich, znanych aktorów i aktorek, naukowców, biznesmenów … . Ciekawa jestem co o tym myślicie?

19 comments

  1. Święte słowa. Wspalaniale ubralas w słowa to fo i mnie od dłuższego czaeu chodzi po głowie. Uogolniamy, wiec prosze traktować i moja wypowiedź w ten sposób. Polska jest krajem, w którym w dobrym tonie jest narzekać. Koery zaczynasz np. Własną firmę, to barezo na miejscu jest ponarzekać na urzędy. Ludzie są trochę zbici z tropu w momencie gdy jesteś zadowolony/-a z wlasneto życia. Ni3 potrafią nic odpowiedzieć na stwierdzenie, ze dobrze się Tobie zyje. Kiedy sam 6 lat temu zaczynałem własną firme, to musialem mocno zmienić osoby mnie otaczające, ponieważ mialem przeświadczenie, ze w jakiś sposób mnie wyhamowuja.

      • Tez tak doszlam do wniosku, ze chyba trzeba narzekac bo patrza na Ciebie jakby cos bylo nietak?:)
        Generalnie jednak narzekanie jest nie tylko domena Polakow, mieszkajac 3 lata w Londynie dochodze do konkluzji ze to wada czy przywara zarowno Anglikow, Hiszpanow i Wlochow.

        A odnosnie sukcsow, niestety Polacy zawsze zazdroszcza i probuja sprowadzic do swojego poziomu stad krytyka.

        • Hmm a z tym roznie, jak wiadomo kwestia emigrantow nadal jest tutaj goraca:) a co za tym idzie jedni pomagaja a inni sa zazdrosni bo zabieramy im perspektywy i prace ? A patrzac na to jak pracuja Anglicy to wiadomo ze przy nich jestesmy bardzo pozadani przez pracodawcow.
          Na podstawie swoich doswiadczen moge powiedziec ze prawdziwi Anglicy- szefowie z krwi i kosci ( z pokolenia na pokolenie) bardzo nas chca i pomagaja widzac potencjal:) Ale juz koledzy lubia podstawiac klody, wwiec chyba nie odbiega to za bardzo od sredniej Pozdrawiam serdecznie xx

  2. Kompletnie sie z tym zgadzam. Okolo rokyemu przerowadzilam sie do USA i przyznam, ze zaczynam zmieniac mone podejscie do przyjaciol z Polski. Zawsze mnie wsperali na poczatku, gdy bylo ciezko i myslalam o powrocie. Teraz, kiedy najtrudniejsze jest za mna i ciesze sie zyciem i planuje tu zostac, przyjaciele znikaja. Odzywaja sie coraz rzadziej. Czesto specjalnie narzekam (mimo ze szczerze tego nie lubie i staram sie oduczyc) ale tylko wtedy mam wrazenie jest spowrotem normalnie.

  3. I wlasnie to postepowanie, ktore opisalas bardzo trafnie, spowodowalo, ze mam dosc zycia w Polsce. Probowalam wiele razy, znam siebie dobrze i znam swoje kompetencje. I w wieku hm…. no wielu lat ide za glosem rozsadku i serca przygotowujac sie do wyjazdu w sina dal. Nie hop siup, bo przeciez i rodzina jest i trzeba to jakos poukladac. Ale mam pomysl, wyznaczylam sobie cel i konsekwentnie zmierzam w dobra strone.
    Bo ja tez cenie usmiech, optymizm, ciezka prace i sukces.

    Mam nadzieje, ze hejterami sie nie przejmujesz, ze znasz wartosc swoja i wiesz jak niesamowitym miejscem jest Twoj blog.
    Bo jest.
    Pozdrawiam

  4. Zgadzam się w 100 procentach 🙂 Jestem właśnie świeżo po lekturze “Wałkowanie Ameryki” Marka Wałkuskiego i on pisał podobnie jak Ty 🙂

  5. W punkt! Zgadzam się w 100%, idealnie napisane. Mam 20 lat, dzięki mojej własnej ciężkiej pracy studiuję (Sorbona, i nie jest to erasmus, a podjęte od początku bez żadnych ułatwień studia po francusku) i pracuję za granicą, mówię biegle w trzech językach. Od czasy wyprowadzki spadła na mnie dziwna i ciężka do wytłumaczenia reakcja dawnych znajomych w Polsce. Odsuneli się ode mnie, np. kiedy byłam w Polsce na parę dni koleżanka komentowała ironicznie zawartość mojej kosmetyczki w której był może jeden kosmetyk trochę droższy… Mam wrażenie, że wszystkich bardziej niż moje doświadczenia interesuje zawartość mojego portfela, co jest przykre, bo osoby te uważałam za mi bliskich. Cóż, pozostało mi tylko z bólem serca wygasić te kontakty a zbliżyć się do ludzi poznanych we Francji. Pozdrawiam, Ania

  6. Niedawno wróciłam z trzytygodniowej wyprawy do USA.Nie wiedziałam czy sie na nia zdecydowac,ponieważ nasze najmłodsze dziecko ( z trojga) ma 10 m-cy.Zewsząd słyszałam,że z takim maluszkiem,tak daleko…W końcu usiadłam i pomyslałam,że tak naprawdę to człowiek nic nie zrobi ,bo cały czas się będzie bał.A podróż do Stanów zawsze byla moim marzeniem.Polecielismy…Bylo super!!!!Dostalam tyle pozytywnej energii,na kazdym kroku.W Polsce obcy ludzie nie porozmawiaja z toba na ulicy,nie powiedza ,ze masz super wychowane dzieci,itp.Mówiłam do męża:dlaczego u nas tak nie jest?Przecież to żadna filozofia być życzliwym dla drugiego człowieka.Wrociłam zachwycona!!!!Aż tu nagle zostałam wplątana w jakąś bezsensowną rodzinną intrygę,w wyniku której cały mój “akumulator” prawie sie wyczerpał…Napisałam prawie,ponieważ stwierdziłam ,ze się nie dam…
    Pani Magdo ,mam nadzieję,że kiedyś będzie nam dane się spotkać!!!!Jest Pani wielka i niech Pani ma w nosie wszystkich malkontentów!!!
    Pozdrawiam,Ewa

  7. Ja w kwestii pomocy u Anglików. Jesli sie taki prawdziwy Anglik napatoczy w Londynie (o co nie latwo) to oczywiscie powie ci mile slowo jacy to Polacy sa fantastyczni, szybcy i potrafia robic dwie rzeczy na raz (niesamowite). Ale niestety so bardzo nieszczerzy nigdy nie mowia to co maja na mysli zawsze znajda jakis sposob zeby wybrnac z niekomfortowej odpowiedzi (ucza nawet o tym w szkolach jezykowych) Nie potrafia powiedziec ci wprost czy cos zle zrobiles/las. Niespotkalam sie jeszcze z Anglikiem ktory by mi pomogl albo ktoremus z moich znajomych. Jesli sie tutaj udaje Polakom to na dalsza pomoc Anglikow nie mozna liczyc ale mysle ze jak by potrzebowal pomocy to szybciej pomoze Anglik niz Polak. Oczywiscie so od tego wyjatki jak wszedzi.
    Szczerze wole podejscie Nowojorczykow 🙂

  8. Bardzo podoba mi się amerykańskie podejście 🙂 Sama staram się tak myśleć:) Denerwuje mnie gdy na wiadomość o jakiejs małej lub większej porażce życzliwi ludzie żałują mnie, bo tylko kłody pod nogami znajduje. Ja widzie to inaczej. Tylko ten kto nic nie robi nie popełnia błędów;)

    Przytoczę mały zarcik:

    Pyta się Bóg pasterza czego sobie rzyczy. A pasterz na to: “Żeby mojemu sąsiadowi wszystkie owce zdechly.”

    Pozdrawiam cieplutko,
    stała czytelniczka 🙂

  9. Polacy to marudy- z tym sie zgodze. Zauwazmy jednak, ze mit o tym, ze uczciwie w tym kraju dorobic sie nie mozna nie wzial sie znikad. Najwiecej obecnych polskich milio i miliarderow dorobilo sie w czasach trsnsformacji ustrojowej kombinujac i nierzadko kradnac oraz wspolpracujac z mafia.
    Co do tego gloryfikowania osobistego sukcesu przez Amerykanow, z jednej strony to swietnie, ze cenia ciezka prace ale jednak nie kazdy ciezko pracujacy Amerykanin ma szanse ten sukces odniesc. W Stanach podzial na lepszych i gorszych zaczyna sie juz od kolyski: lepsze i gorsze dzielnice, brak platnych urlopow macierzynskich, kosmicznie drogie studia, odyracanie osob z ,,gorszych”rodzin. Tam jezeli chcesz sie wyrwac z biedy i patologii oraz rzeczywisty sukces osiagnac musisz miec wielkie szczescie albo byc geniuszem a najlepiej dodatkowo afroamerykaninem- niesprawiedliwosc totalna.

  10. Ja cały czas się łudzę, że nasze nastawienie się zmieni. Na pewno nie od razu, ale z czasem. I im więcej z nas będzie podróżować i przejmować pozytywne cechy innych narodów, a później zaszczepiać je wśród Polaków tym lepiej.

    Twoje błędy w postach są zauważalne, ale… przynajmniej widać, że napisała je żywa osoba, bez zaplecza edytorskiego. To, poza sposobem pisania postów był jeden z powodów dla których zdecydowaliśmy się skorzystać z Twoich usług. I mam nadzieję, że w czasie naszego pobytu uda się nam naładować akumulatory amerykańską energią.

  11. Muszę poniekąd zgodzić się z Twoją wypowiedzią – Polacy lubią trochę ponarzekać, i czasem sama tak robię, ale jest to też rodzaj wyżalenia się komuś, żeby podtrzymał na duchu. Myślę, że i w Polsce i na całym świecie są ludzie dobrzy i źli, tacy co pomogą i tacy co jeszcze kłodę rzucą pod nogi.. Z tą różnicą, że w Polsce ludzie się z tym nie kryją, a w Ameryce z uśmiechem na twarzy wsadzą ci nóż w plecy 😛 Więc myślę, że nie ma co uogólniać, a otaczać się tylko tymi pozytywnymi osobami, a jeśli nie potrafią znieść naszego sukcesu, wtedy odciąć się od nich. Trzeba żyć tak, żeby nikomu krzywdy nie robić, nie zazdrościć a iść do przodu, spełniać marzenia i nie oglądać się na tych zazdrośników. Hejterzy potrafią dać niezłego kopa do działania, sama wiem po sobie 😉 😀

  12. Niestety,kto działa to się wystawia na krytykę.ale mimo to lepiej tak niż siedzieć na tyłku i żywic się drobnymi potknięciami innych.doskonalimy się właśnie poprzez drobne pomyłki.trzeba mieć odwagę działać i nie dać się żółci sfrustrowanych ludzi.A amerykańskie myślenie jest swietne-trzeba wspierać tych którzy walczą i doskonałą się.nie powinno się podkladac nogi,niestety tak jak często robią to Polacy.A szkoda bo to zdolny naród.

  13. Dziś przez zupełny przypadek odkryłam Pani blog. Rewelacja! Bardzo inteligentny wpis na temat podejścia do sukcesu. Z pewnością będę wracać. Serdecznie pozdrawiam z Brukseli.

Porozmawiajmy :)