Sztuka jedzenia w samotności

Siedzę sobie w restauracji. Siedzę sama. I jest mi z tym dobrze.

Moj mąż filmuje cos tam w Kalifornii, a inna osoba – dla której zarezerwowałam dwa wieczory – w ostatniej chwili powiedziała mi, ze ma inne plany. ze ma imprezę w późniejszych godzinach, a wcześniej tez nie – bo ma możliwość zaoszczędzenia na wejściu do muzeum Whitney (?wat?), a wiec nasze ustalenia, sprzed tygodni, nie mają racji bytu…  hmm, bardzo niefajnie, ale co zrobić.

Zamiast siedzieć w domu zastanawiając się co z ludźmi jest nie tak – pomyślałam – ok! Mogę spędzić trochę czasu ze swoimi myślami, popatrzeć na ludzi, zjeść dobrą kolację  i mogę to zrobić w samotności. I to jest bardzo fajne. Myślę, ze to jest jedna z tych fajniejszych rzeczy, której się nauczyłam w Nowym Jorku.

Może tytułem wyjaśnienia, to nie jest tak, ze jak mieszkasz w Nowym Jorku to nagle nabierasz węziej skorki i jesteś uodporniona na różne, niefajne typy. Nie, to nie tak. Nowy Jork nie da ci żadnego dodatkowego zabezpieczenia, żadnej kamizelki idioto-odpornej. Nie, nie dostaniesz ekstra skorupy na swoje wrażliwości …. ale to miasto nauczy Cię, ze można zjeść kolacje w restauracji, w samotności i to jest fajne.

Przed przeprowadzka zdarzało mi się pójść samotnie do restauracji na śniadanie, albo na lunch w pracy … ale nigdy bym się nie odważyła pójść samotnie na kolacje. Bałabym się oceny innych. Bałabym się ze takie wyjście może oznaczać „zaproszenie” dla potencjalnych absztyfikantów – „a przyszła sama … znaczy szuka wrażeń”. „Zobacz przyszła sama – jaka desperacja” albo co gorsza „o przyszła sama – biedulka“. Nie poszłabym sama na kolacje – przynajmniej nie wszędzie.

I to jest taki moment w którym sobie przypomniałam za co kocham to miasto najbardziej. To uczucie, trudne teraz do opisania – szukam słowa ale wszystkie brzmią banalnie – jak wyjadanie cukierków z spiżarki 🙂 Podobnie. Perspektywa, możliwość pójścia wszędzie i o każdej porze…  samej – bez koleżanki, bez znajomych, bez chłopaka – zamówienie lampki wina w barze czy pójście do modnej restauracji i zjedzenie kolacji samej bez konieczności udawania ze pracuję nad czymś, albo czytam książkę. Nic nie musisz udawać – idziesz jeść sama … i to jest ok.

Tutaj możesz pójść do absolutnie każdej restauracji czy baru, nawet w piątek wieczorem i nie ma w tym nic niezwykłego.

Plany zostały odwołane, trudno, a może i dobrze. Mam czas na lampkę wina i spaghetti i notkę dla Was …   w samotności 😉

18 comments

  1. Właśnie za to kocham to miasto ,choć bardziej trafnym słowem w moim przypadku będzie “pokocham”.
    Nowy Jork jest wspaniałą alternatywą dla człowieka który najbardziej uwielbia własne towarzystwo.
    Oczywiście co za dużo to nie zdrowo ,trzeba czasem wchodzić w interakcje z innymi ludźmi 😉
    Świetny artykuł. Pozdrawiam – twoja wierna fanka.

  2. Pani Magdo nie wiem co sprawia ze czuje kazda komorka mego ciala i mojego mozgu o czym Pani pisze. A moze dlatego ze jestesmy z tego samego miasta w Polsce hahahaha. Wracajac do Nowego Jorku, to fakt, ze w tym miescie czuje sie te “wolnosc” w wielu sferach zycia: kolacji w somotnosci, bokserkach w srodku zimy, glosnym spiewaniem, szerokim ziewaniem, itd…itd…..
    ps. musze chba tez zrobic sobie taka samotna kolacje, bo czuje jak mi sie dusza odkleila od ciala……. 🙂

  3. O NY pisze Pani świetnie, ale w tym tekście nie odpowiadają mi złośliwości i uszczypliwości pod adresem “tej” osoby, która odwołała spotkanie 🙂 Jakieś to dla mnie małostkowe – ale chyba i w NY człowiek bywa złośliwy i szybciej napisze niż pomyśli :):):) pozdrawiam

  4. wlasnie za to kocham NY ,,,chce isc na kolacje to ide…i to sama !!!!Nikogo to nie smieszy,nie dziwi….nie zastanawia! tak powinno byc zawsze i wszedzie! Niestety tak nie jest 🙁 Wierze ,ze po ukonczemiu studiow uda mi sie zasmakowac choc na moment ten klimat!!

  5. Magda, czy mogłabyś mi polecić jakieś radio z NY? ? Które słuchają Nowojorczycy 🙂 najchętniej z aplikacją mobilną, ponieważ pragnę je wykorzystać w celu nauki języka i podchwycenia nowojorskiego akcentu ? moje trudy szukania spełzy na niczym, mam jednak nadzieję, że takie istnieje ? będę wdzięczna za każdą propozycje, nawet tę spoza NY
    Pozdrawiam baaaardzo serdecznie!

  6. A ja to bardzo lubię posiedzieć sobie sama przy stoliku w kawiarni, coś przy okazji poczytać, a w sprzyjających okolicznościach to po prostu pogapić się na nową dla mnie okolicę. Do restauracji też czasami chodzę sama. Zasada jest prosta – by dobrze czuć się w czyimś towarzystwie, najpierw muszę dobrze czuć się sama ze sobą.

  7. Moze Jestes moja “bratnia dusza” a moze wszyscy nowojorczycy czuja to samo, nie wiem, ale w magiczny sposob opisujesz to co czuje a nie umialbym wyrazic slowami.

    Czytam Twoj artykul wciaz od nowa i podpisuje sie pod kazdym slowem. Mieszkalem w “miescie” wiele lat temu. Czesto czulem sie tam osamotniony ale nigdy nie bylo mi tam zle.

    Czesto zmajomi pytaja mnie dlaczego wciaz tak tesknie za NYC. Trafnie to kiedys ujelas. To energia miasta. Kto nigdy nie byl w wielkim jablku nie zrozumie. Bo jak wytlumaczyc komus, ze samotny posilek wsrod roznorodnego tlumu moze byc swietnie spedzonym czasem?

    Pozdrawiam

    Ps. Czytam Twoj blog o roznych porach. Czasem noca a czasem w pracy. Zawsze poprawia mi nastroj. To tak jakbym mial swojego ambasadora w moim miejscu na ziemi 🙂 to naprawde wiele dla mnie znaczy

  8. “ale to miasto nauczy Cię, ze można zjeść kolacje w restauracji, w samotności i to jest fajne.”
    Mnie nauczyła tego mała mieścina pod Krakowem gdzie jadam sama obiad dosyć często. Naprawdę do Nowego Jorku wyjeżdżać nie trzeba.
    “Tutaj możesz pójść do absolutnie każdej restauracji czy baru, nawet w piątek wieczorem i nie ma w tym nic niezwykłego.”
    Wow, w Polsce za to jest to tak niezwykłe, że tego typu przypadki odnotowują w każdym wydaniu Panoramy. Nie jestem patriotką, mam zamiar wyjechać z kraju na stałe, ale wkurza mnie jak niektórym ludziom wystarczy kilka lat emigracji i już myślą o Polsce jako o kraju Trzeciego Świata, gdzie nic nie ma, ludzie zacofani a pod Belwederem krowy się jeszcze pasą.
    To, że bałaś się pójść gdzieś sama bo bałaś się “oceny innych”(wiadomo bowiem, że Polacy nie mają ważniejszych spraw tylko ocenianie bliźnich i rozglądanie się po restauracji czy aby ktoś sam nie przyszedł) to był tylko i wyłącznie twój problem. Cieszę się jednak, że dopiero Nowy Jork cię z tego wyleczył.

    • Hm … Nie wydaje mi się ze gdziekolwiek w tym tekście traktuję Polskę jako kraj trzeciego świata 🙂 Bardzo duża i bardzo emocjonalna nadinterpretacja. Nie wiem z czego może wynikac … pewnie z Twoich doświadczeń i chęci wyjazdu z kraju.

  9. No zebys wiedziala, ze mam ogromna ochote juz stad wyjechac 🙂 Chodzilo mi o to, ze czesto niepotrzebnie piszesz o tym jak to w Polsce jest duzo gorzej pod wieloma wzgledami. Kiedys w notce pisalas, ze w Ameryce bycie 30-kilku letnia singielka to normalnosc a w Polsce rodzina ja na swieta chowa po katach bo to wstyd, w paru jeszcze notkach pojawiaja sie niesprawiedliwe osady. Jak pisalam, odliczam dni zeby wyjechac stad na stale ale Polska pod wieloma wzgledami nie jest az tak daleko w tyle. Ameryka zreszta jest bardzo pruderyjnym krajem, moze nie powinnam sie wypowiadac bo bylam tam tylko rok ale takie odnioslam wrazenie, chociaz pewnie Nowy Jork to nie Ameryka, tak jak w Londynie sie mowi, ze to osobny kraj na mapie Anglii.

Porozmawiajmy :)