Nowy Jork według Kamili Sławińskiej

Nie ma dru­gie­go miej­sca na świe­cie, do­kąd cią­gnę­ły­by tak prze­róż­ne eg­zem­pla­rze ludz­kiej me­na­że­rii. Przy­jeż­dża­ją tu dzie­cia­ki zbyt mą­dre i zbyt zdol­ne, by umia­ły się po­ro­zu­mieć z ró­wie­śni­ka­mi w Utah czy Ne­bra­sce. Eu­ro­pej­scy ary­sto­kra­ci i azja­tyc­cy bo­ga­cze, zbyt znu­dze­ni wy­god­nym ży­ciem, by nie za­ry­zy­ko­wać upad­ku na samo dno. Prze­stęp­cy zbyt zu­chwa­li, by wy­star­cza­ło im wy­kra­da­nie paru dwu­dzie­sto­do­la­ró­wek z kasy miej­sco­we­go skle­pi­ku; drag qu­eens, któ­re w ma­łych mia­stecz­kach ob­rzu­ca­no ka­mie­nia­mi; ar­ty­ści zbyt od­waż­ni, by zna­leźć pu­blicz­ność gdzie in­dziej; imi­gran­ci zbyt bied­ni, by mieć coś do stra­ce­nia. Nie ma lu­dzi zbyt dzi­wacz­nych jak na no­wo­jor­skie wa­run­ki. Naj­bar­dziej nie­do­pa­so­wa­ni mogą tu zna­leźć miej­sce dla sie­bie, je­śli tyl­ko star­czy im sił, by ma­rzyć zu­chwa­le (bo tyl­ko naj­zu­chwal­sze ma­rze­nia się tu­taj speł­nia­ją) i wal­czyć o sie­bie. Mia­sto wy­ssie z nich ostat­nią kro­plę krwi, naj­ostat­niej­szą iskrę ener­gii, ale po­zwo­li im żyć w sza­leń­czym tem­pie, nig­dy nie zwal­niać, nig­dy nie pa­trzeć wstecz. (…)

Kamila Sławińska “Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny”

Kamila Sławińska jest jedną z tych nielicznych osób, które można by było słuchać godzinami. Spostrzegawcza, inteligentna, z bardzo ładnym poczuciem humoru, a jednocześnie przyjacielska i bezpośrednia. Po kilku minutach rozmowy masz wrażenie, ze znasz ją od zawsze. Jej książkę “Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” czyta się jednym tchem.

Kamila, która zna Nowy Jork jak mało kto, zgodziła się odpowiedzieć na kilka pytań w ramach nowego cyklu wywiadów z dziennikarzami, fotografami, pisarzami i innymi ciekawymi ludźmi, którzy mieszkają w Nowym Jorku.

Jak opisałabyś Nowy Jork dla kogoś, kto tu nie był?

Świat w miniaturze i w dużej kondensacji. Muzeum ogromnych kontrastów. Rezerwat dla dziwaków i skansen dla milionerów. Laboratorium idei i trendów. Miasto wielkich szans i równie wielkich klęsk. Miejsce, gdzie należy spodziewać się niespodziewanego. W zasadzie każdy opis, który ktoś może sobie wymyślić, w pewien sposób będzie zawierał ziarno prawdy – wydaje mi się, że Nowy Jork jest tak złożonym i zmiennym miastem, że cokolwiek by o nim powiedzieć, nie będzie dalekie od prawdy. Jedyne, czego nigdy nie słyszałam i nie spodziewam się usłyszeć, to by ktoś się tutaj nudził.

Twoja ulubiona restauracja / bar / sklep / miejsce?

O wielu sklepach, barach i restauracjach pisałam w książce, więc może teraz o takim miejscu, o którym nie było w niej mowy. Dokładnie naprzeciwko sławnego Carnegie Deli—znanej knajpy przy Siódmej Alei, serwującej monumentalne kanapki z pół kilo pastrami w środku—jest niepozorne wejście, prowadzące do ciemnego hallu niepięknego budynku z szarego kamienia. Za byle jakim drewnianym biureczkiem, pamietającym zapewne pierwszą administrację Reagana, siedzi apatyczny portier i pyta „Do kogo?” – i wtedy trzeba powiedzieć, że do rehearsal studio. Dalej idzie się zapyziałym, mrocznym korytarzem, wiodącym w głąb pomieszczeń na parterze budynku. Nie ma znaków na ścianie ani tabliczki z nazwą firmy, ale można trafić na słuch, bo muzyka dochodzi prawie do samych drzwi wejściowych.  Różna muzyka: najczęściej dźwięki fortepianu, bo ten dziwny sklep – o ile można nazwać go sklepem – specjalizuje się w wypożyczaniu i sprzedaży pianin i fortepianów. W każdym z wielu pokoi, należących do tej dziwacznej instytucji, stoi co najmniej kilka instrumentów; siedzą przy nich muzycy i grają. Zresztą nie trzeba być zawodowym muzykiem: jeśli się ładnie poprosi Jerry’ego i Judith, parę właścicieli – starsi państwo, uroczy prawdziwi Nowojorczycy i wielcy koneserzy muzyczni—pozwolą posiedzieć i pograć sobie do woli, w spokoju, intymnie, za zamkniętymi drzwiami. Ale co najfajniejsze jest w tym przybytku, to pomieszczenia, na drzwiach których przyklejono kartki z nazwami włoskich oper. Za tymi drzwiami ćwiczą śpiewacy: czasem klasyczni, czasem musicalowi – ale zawsze warto usiąść w kąciku i posłuchać. Jak trafi się mocny sopran, śpiewający jakiś, powiedzmy, energetyczny kawałek z Verdiego—to drewniane drzwi aż się wypuczają od siły głosu, który dochodzi ze środka. Ot, taka mini-opera dla ubogich, z dodatkowym bonusem w postaci stałych klientów, przesiadujących przy kontuarze i opowiadających znakomite muzyczne anegdotki.

Jaką potrawę należy spróbować w Nowym Jorku i gdzie?

Żeby było demokratycznie, niedrogo, wielokulturowo i pożytecznie zarazem – najlepiej chyba bajgla z wszystkim (everything bagel), pomazanego loxem, czyli tanią odmianą łososia i kremowym serkiem. Czyli nowojorski klasyk śniadaniowy – w sam raz na początek długiego dnia wypełnionego łażeniem i przyglądaniem się. Bajgle są wszechobecne, można je kupić w byle budce z kawą i w eleganckich delikatesach; w większości miejsc serwujących je na miejscu zapytają nas, czy aby je podpiec przed podaniem. Jedne z lepszych moim skromnym zdaniem podają w Murray’s Bagels Chelsea przy Ósmej Alei na Manhattanie  (chwalą się tam, ze ich bajgle są tak świeże, że nie wymagają podpiekania)  ale każde mniejsze i większe sąsiedztwo ma własną piekarnię, własną tradycję i własny gust w tym zakresie.

Idealny nowojorski dzień to …

Środa albo czwartek, bo wtedy niema jeszcze kłębiącego się wszędzie weekendowego tłumu; koniecznie pod koniec września albo w październiku. Z jasnym światłem, ale bez upału, i z pierwszymi kolorowymi liśćmi na drzewach. Trzeba wstać rano, pojechać na targ na Union Square i kupić jabłek albo dojrzałych śliwek; zapakować je w torbę, podjadając po drodze i iść sobie połazić. Spacer może być po HighLine, po ulicach Brooklynu albo po Central Parku. Zajrzeć na jakąś ładną wystawę. Zjeść coś w knajpie downtown ze stoliczkiem na ulicy, idealnie nawiązując przyjemną rozmowę z zupełne nieznajomym sąsiadem. Posłuchać, jak uliczni muzycy grają na saksofonach. Dać dolara dzieciakom tańczącym w metrze. Poczytać New Yorkera na ławce w parku. Wieczorem iść z kimś miłym na koncert w Le Poisson Rouge, albo do Lincoln Center, najlepiej na jakiś pokaz w ramach dorocznego festiwalu filmowego  – a potem wyjść w wieczorny mrok i powędrować do jakiejś małej knajpki na kieliszek wina i sączyć go sobie z przyjaciółmi,  gadając do późna o tym, co się widziało tego dnia. Niby nic, ale takie dni są najpiękniejsze, zupełnie jak z tej piosenki Billy Holiday.

Jaką poradę udzieliłabyś dla „nowych” nowojorczyków?

Nie poprzestawajcie na małym. Miejcie bezczelne marzenia, bo tylko takie się tutaj spełniają. Szanujcie wszystkich, bo nie ma osoby, od której czegoś nie można byłoby się nauczyć. No i nie grajcie w trzy karty i nie mówcie na Szóstą „Avenue of the Americas”. 🙂

Pracujesz obecnie z Palissimo – z eksperymentalnym teatrem tańca. Kiedy i gdzie możemy obejrzeć przedstawienie / projekt?

W Nowym Jorku pewnie dopiero na jesieni – Europejczycy pewnie będą mieli więcej szczęścia, bo zespół wybiera się do nich w drugiej połowie roku z pięknym spektaklem AMIDST. Najlepiej zaglądać na Facebook (www.facebook.com/Palissimo), tam najszybciej trafiają wszystkie bieżące informacje. Na razie bardzo gorąco polecam „zaprzyjaźniony” projekt, który za moment (23-24 stycznia) będzie można oglądać w Chicago: współpracownik Palissimo, aktor, tancerz i reżyser Jeremy Xido będzie prezentował tam swój znakomity monodram THE ANGOLA PROJECT, pokazywany niedawno na nowojorskim festiwalu COIL 2014. Widziałam i gorąco polecam – zwłaszcza, że można go będzie zobaczyć za darmo! Więcej tu: http://www.cityofchicago.org/city/en/depts/dca/supp_info/JeremyXido.html

Jeżeli nie Nowy Jork, to mieszkałabyś w …

Nie chcę wiedzieć, gdzie. 🙂  Byłoby mi naprawdę ciężko znaleźć inne miejsce dla siebie. Na świecie jest wiele pięknych miast – ja miejska dziewczyna jestem – ale żadne nie ma tej energii i różnorodności co Nowy Jork. Nie mówiąc o tym, że moi przyjaciele niemal wszyscy są tutaj, i wszyscy, podobnie jak ja, są beznadziejnie zakochani w tym naszym mieście… A bez nich to już nie byłoby to samo.

0 comments

  1. Super! Książka znajduje się i na mojej półce 🙂 Czytałam ją już w 2008 roku, a w zeszłym odświeżyłam przed pierwszym spotkaniem z Nowym Jorkiem 🙂 Gratuluję pomysłu na cykl, wspaniałego pierwszego wywiadu i… czekam na więcej. Pozdrawiam.

  2. Uwielbiam Twojego bloga. Ciągle mi mało:) Odświeżam kilkukrotnie w ciągu dnia. A jestem kobietą pracującą i aktywnie udzielającą się poza pracą, więc to musi coś znaczyć:) Chociaż jak się coś lubi, to zawsze znajdzie się na to czas. Pozdrawiam ciepło:)

  3. Ja też mam tą książkę w swojej biblioteczce! Będę we wrześniu w NY niestety tylko przez tydzień ale mam nadzieję zajrzeć do paru uroczych zakątków, o których pisałaś Ty oraz Pani Kamila 🙂

  4. Bardzo lubię tego bloga chociaż nie ze wszystkimi opiniami sie zawsze zgadzam (ale może dlatego tak bardzo lubię tu wracać 🙂 wywiad bardzo ciekawy, ale swój pierwszy i pewnie jedyny komentarz pisze żeby podziękować za użycie przymiotnika “ładny” jako określenie poczucia humoru.ktoś bardzo mi bliski używał takiego połączenia i dziękuję za odświeżenie tego wspomnienia. “ładny” to takie ładne słowo i dziękuję za staroświeckie “ładne poczucie humoru” pozdrawiam

  5. Rzeczywiście… Kamila ma wielki dar opowiadania o NYC 🙂 Teraz jeszcze bardziej chcę mieć tę książkę!! Jej idealny dzień pasuje do mojego wyobrażenia o takowym dniu. Nie mogę się doczekać kolejnych wywiadów, zapowiada się naprawdę świetnie!

  6. Absolutnie doskonały blog! Zaczytuję się w nim od pewnego czasu. Gratuluję Ci lekkości “pióra”. Pięknie piszesz, prowokujesz do myślenia, poruszasz wyobraźnię. Wywiad również bardzo ciekawy. 14 lutego będę w NYC, po porannym spotkaniu mam resztę dnia dla siebie. Polecisz coś na “ten” dzień?!? Pozdrawiam!

Porozmawiajmy :)